Nazywam się Artur, mam 27 lat, i razem z moją żoną Anną stworzyliśmy markę Nimaux, ponieważ po wypróbowaniu różnych olejków na porost włosów i kuracji przeciw wypadaniu… nic tak naprawdę nie działało.
Wszystko zaczęło się kilka lat temu.
Zacząłem tracić gęstość — szczególnie na czubku głowy i przy skroniach.
To nie jest coś, o czym łatwo się mówi, zwłaszcza gdy uderza to w poczucie własnej wartości.
Prawda jest taka, że zacząłem unikać lustra.
Odrzucałem propozycje zdjęć.
Zwracałem uwagę, jak pada światło.
Częściej zakładałem czapkę.
Małe rzeczy… które z czasem zaczynają ciążyć.
Szukaliśmy rozwiązania.
Przetestowaliśmy włókna, spraye, pudry „cud”, często zamawiane z drugiego końca świata.
Ale za każdym razem było to samo rozczarowanie: zbyt widoczne, nienaturalne, nietrwałe, albo z taką listą składników, że nigdy nie nałożyłbym tego świadomie na skórę.
Aż pewnego dnia, po wielu godzinach researchu, żona powiedziała:
„Potrzebowalibyśmy pudru z naturalnych składników, który przede wszystkim jest wodoodporny i odporny na pot i deszcz.”
To nie był żart.
To był punkt wyjścia.
Przez kolejne miesiące współpracowaliśmy z technologami, testerami i projektantami.
Chcieliśmy stworzyć puder drobny, wtapiający się we włosy bez efektu „prószenia”.
Formułę czystą, bez kontrowersyjnych składników.
Produkt, który wytrzyma cały dzień — nawet deszcz, trening czy wysoką wilgotność.
I przede wszystkim: żeby był szybki, wygodny i niewidoczny.
Bo jeśli maskowanie jednej strefy zajmuje 10 minut, to po tygodniu nikt już tego nie będzie robił.
Krok po kroku projekt nabierał kształtów.
Tak właśnie powstało Nimaux.
Puder zagęszczający włosy, w odcieniach zaprojektowanych tak, aby naprawdę pasowały do naturalnych kolorów włosów — nie tylko trzech podstawowych tonów dostępnych w internecie.
Produkt, którego sam używam każdego dnia.
I którym chcieliśmy się podzielić, bo szczerze pomógł mi poczuć się lepiej — przed lustrem i we własnej skórze.